Wyszukaj interesujące Cię informacje.

 

Tel.   (41) 381 60 24
Fax.  (41) 381 60 05 wew. 20

 

Przejażdżka tramwajem konnym
2011-05-05 14:50:12
(Z książki Jerzego Jerzmanowskiego „W starych Kielcach"
Wydawnictwo Literackie Kraków 1975)

W  południowo-zachodniej części guberni kieleckiej leży miasteczko Szczekociny, liczące sobie prawie pół tysiąca lat. Znane z przegranej przez Tadeusza Kościuszkę bitwy przeciw połączonym siłom rosyjsko-pruskim, zdobne barokowym pałacem Dembińskich z XVII wieku, jedyną zresztą architektoniczną okrasą. We względnej rolniczej pomyślności — wobec niezłych gruntów miejscowych i okolicznych — żyły Szczekociny w klasycznym zastoju. Od drogi żelaznej Dęblin—Kielce—Dąbrowa Górnicza, uruchomionej w 1885 roku, oddalone były tylko o osiemnaście wiorst, jednakże od najbliższej stacji kolejowej w Sędziszowie Kieleckim dzieliły je wertepy nie do przebycia. Dopiero podczas pierwszej wojny, w 1915 roku, austriacki okupant w strategicznym interesie wybudował szosę Szczekociny—Sędziszów przez Słupię Jędrzejowską. Nieomal jednocześnie wzdłuż pobocza szosy ułożono wąskotorowe szyny.

 

Tak pokrótce przedstawia się historia sprzed ponad pół wieku, dzięki której Szczekociny zyskały komunikację, i to podwójną: szosową i na szynach. Nie wiadomo, dlaczego szyn nie wykorzystano pod parową kolejkę, jakich mnóstwo poczęło wkrótce krążyć po bezdrożach Kielecczyzny. Jest faktem, że w drugim dziesiątku lat dwudziestego stulecia, kiedy najzapadlejsze kąty Europy dorabiały się tramwajów elektrycznych, tutaj powstał tramwaj konny, powodując przewrót komunikacyjny tyleż dzięki stałości połączeń, co ich częstotliwości. Od zarania odzyskanej niepodległości przedsiębiorstwo tramwajowe objął sejmik powiatowy, nieco później wydzierżawiwszy je magistratowi m. Szczekociny. Osobliwa firma przewozu pasażerów i drobnicy towarowej prosperowała doskonale, dając zatrudnienie sporemu
personelowi. Prócz kierownika całości pracowało czterech kasjerów, buchafter, furmani, konduktorzy, pięciu torowych, a w stajniach — na końcach trasy — stały mnogie konie, siła pociągowa.
 Malowniczo wyglądał szosowy tramwaj, drewniany domek na kołach, o dwu przedziałach —bez rozgradzającej je ścianki — na dwanaście miejsc siedzących wewnątrz i z trzynastym na koźle furmana, zabezpieczonym przed deszczem wysuniętym do przodu daszkiem. Pojazd w ruch wprawiał jeden koń, bez wysiłku kłusujący po równej trasie. W środy, dni targowe w Szczekocinach do przewozu służyły duże wagony, zabierające do trzydziestu osób i ciągnione przez dwa konie. Osiem połączeń w ciągu doby (od wczesnego ranka do późnego wieczora), w każdą stronę, stworzyło okolicy regularną komunikację.
W ciągu dwudziestoletniej egzystencji — zlikwidowano kolejkę z końcem 1935 roku —
zdarzyły się w dziejach przedsiębiorstwa trzy napady rabunkowe i jeden śmiertelny wypadek.
W ciemny jesienny wieczór 1922 roku ostatni w rozkładzie wagonik odszedł ze Szczekocin bez kompletu podróżnych. Jeden przedział zajmowała stara Żydówka, która (o ironio losu !) po raz pierwszy w życiu opuściła rodzinne miasteczko, oraz listonosz odwożący jak się okazało, kasę. W drugim przedziale drzemał geometra S. z Kielc. Czwarty pasażer, który ulokował się na koźle obok furmana, miał w tej podróży odegrać złowrogą rolę. Tramwaj lekko toczył się po szynach, a na przystanku w Słupi nie dosiadł nikt nowy. Niedaleko cmentarza, w ustronnym miejscu, wagonik stanął a przez otworzone nagle drzwi wdarł się donośny głos: — Wszyscy wyłazić! — Najbardziej przekonywającym argumentem była lufa rewolweru widoczna w świetle latarni zdjętej z wagonu, a trzymanej przez sterroryzowanego wcześniej woźnicę. Gdy listonosz i Żydówka opuszczali już swe miejsca, lufa przesunęła się w kierunku geometry i padło ponaglenie: — Wyłaź, cholero! — Napastnik źle trafił. Napadnięty też posiadał broń — i odwagę jej użycia. Oddany strzał spowodował ucieczkę bandyty.
W taki sposób ocalały pocztowe pieniądze, ale w pośpiechu i w ciemności strzał poszedł w czoło furmana. Drobny kaliber broni (szóstka) i kąt strzału pozwoliły ocalić życie. Woźnicę dość szybko wyleczono w Krakowie i wkrótce zajęcie zmienił na lepsze. Mianowany woźnym sądowym w Szczekocinach, pozostał tam do zgonu — w latach pięćdziesiątych. Nosił nazwisko Wójcik. Chętnie opowiadał o swojej niebezpiecznej przygodzie. W druku utrwalił ją krakowski „Ilustrowany Kurier Codzienny" podając obszerną notatkę pod sensacyjnym tytułem: Nie uląkł się lufy rewolweru bandyty, ale postrzelił niewinnego.,
W około pięć lat później zakusy złoczyńców na pocztową kasę sprowadziły ponowny napad, na odcinku Szczekociny—Goleniowy. Utracił w nim życie mieszkaniec Słupi, Józef Bodzioch, zabity wystrzałem z dubeltówki nabitej pociętymi gwoździami. Kasa pocztowa znowu ocalała i odtąd wożono ją w odgrodzonej części wagoniku, obitej cynkową blachą. System zdał egzamin przy najbliższej próbie rabunku. Zaryglowawszy się konwojent okazał dużo zimnej krwi i — mimo gróźb i wezwań — dopóty drzwi nie otworzył, dopóki nadjeżdżające furmanki nie spłoszyły bandytów. Skromniejszych, jak widać, niż dziś środków starczało wtedy dla ochrony państwowego mienia.
         W 1930 roku drugi z kolei i już ostatni pasażer kolejki utracił życie podczas jazdy. Nadmiernie wychylił się przez otworzone drzwi i zginął uderzywszy głową w znak drogowy z napisem Nowa Wieś.
Lata trzydzieste przyniosły konnej kolejce zmierzch. Chroniono ją wprawdzie i władze nie dopuszczały na trasę komunikacji autobusowej — lecz przecież biegu życia nikt nie zatrzyma. Pojawiła się ogromna taksówka i poczęła wozić „łebki", aczkolwiek tej nomenklatury jeszcze nie stosowano. Z końcem 1935 roku przestarzały środek lokomocji ostatecznie zlikwidowano.
Człowiekiem, który najlepsze lata swego życia oddał kolejce, był torowy Jan Rogóż,
mieszkaniec Słupi. Jako jeden z pięciu torowych, w końcowych latach istnienia kolejki trwał na stanowisku aż do jej likwidacji — w złudnej nadziei, że wróci jeszcze dobra passa — za wynagrodzeniem obniżonym do 65 złotych miesięcznie, i to płatnym w dekadowych ratach.
Ostatni odszedł z posterunku. Dobrze upamiętnił się ludności okolicy swym wózkiem
naprawczym, najpierw rowerową drezyną, później ręcznie popychaną, gdy niestrudzenie wymieniał podkłady, dokręcał szyny bez względu na słotę, spełniając czynności konserwacyjne, wymagające tylu starań, zwłaszcza po wiosennych roztopach.
Zacofanie techniczne kraju w owych latach najlepiej zilustruje fakt, że dopiero w 1930 roku w Słupi Jędrzejowskiej zainstalowano agencję pocztową. Do tego czasu połać kraju wchodzącą w skład dwóch powiatów: włoszczowskiego i jędrzejowskiego, obsługiwały urzędy pocztowe Sędziszowa i Szczekocin.
Toteż list na wieś wędrował czasem i dwa tygodnie. Zupełne już kuriozum stanowił brak telefonu na posterunku policji państwowej w Słupi, utworzonym w 1918 roku. Stąd wyjątkowe znaczenie posiadał telefon w mieszkaniu torowego Rogoża, założony przez przedsiębiorstwo konnej kolejki, jedyny aparat w promieniu ośmiu kilometrów, którym posługiwało się wiele osób w krytycznych momentach. Telefon przyczyniając znaczenia — nie szczędził kłopotów. Największy zaś sprawił rodzinie Rogóżów w dni zamachu majowego dokonanego przez Piłsudskiego.
Komendant posterunku policji w Słupi, pragnąc utrzymać się w kursie i zająć należytą postawę, po właściwej stronie, okupował mieszkanie torowego przez kilka dni, dzięki telefonowi śledząc bieg wypadków i wyciągając z ich przebiegu odpowiednie wnioski.
 
 

 

Czytano: 8424 razy
Wybierz poprzedni miesiąc grudzień 2018 Wybierz następny miesiąc
PN WT ŚR CZ PT SB ND
 12
3456789
10111213141516
17181920212223
24252627282930
31 
Produkcja i hosting: ZETO-RZESZÓW Strony www - Strony internetowe - Aplikacje internetowe - Sklepy internetowe - Portale korporacyjne
Nowe zasady dotyczące cookies W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies.
[zamknij]